Drogą w tamtą stronę dotrzemy do zdziczałego parku, gdzie stoi dworek, zwany tutaj pałacykiem. Dziś to miejsce jest jak sceneria z filmu grozy. Krzaki, mokradła, pokruszone schody i ginące ślady alejek. Zza krzaków i mgły wyłania się jasna budowla. Czy wielu wie, że w Sątopach-Samulewie (niem. Santoppen – Bischdorf) jest miejsce drugiej po pałacu w Smolanach dawnej rezydencji letniej biskupów warmińskich i sławne przed wiekami uroczysko? Popatrzcie jak upada. Nie ratuje tego nikt i nic. W prawie, które by to zmieniło, jest niezałatana dziura.
Budynku nie ratuje ani konserwator zabytków, ani lokalna władza, ani prywatny właściciel, który zapewne nabył posiadłość w innym celu niż tylko przytwierdzenie do okna tabliczki z napisem „wstęp wzbroniony”, ani fakt powstania dokumentu „Plan odnowy miejscowości Satopy –Samulewo na lata 2010-2020” – załącznik do Uchwały nr XXXI/170/10 Rady Miejskiej w Bisztynku z 27 lipca 2010 roku.
Z dzieciństwa i rozmów z rodzicami pamiętam, że o pałacyku mówiono „biskupi pałacyk”, a od babci, którą czas powojenny przygnał z kresów w to obce dla niej miejsce, pamiętam też, że o terenie, w którym on stoi, mówiono „Biskupia Wola” lub „Biskupia Wieś” i starzy mieszkańcy długo nie nazywali tego miejsca inaczej. Były tam jeszcze ślady życia „na bogato”. Alejka parkowa, stawy (pamiętam cztery, po dwa z dwóch stron pałacyku, pływały łabędzie, obok były zagrodzone części ogrodowe z ptakami i sarnami), groble, ładne – typu tarasowego – zejście w stronę dawnego jeziora Sajno (teraz rozlewisko, teren przyrodniczo chroniony), skarpa ogrodowa, ukwiecone tarasy z widokami na krajobraz. W dzieciństwie bardzo lubiliśmy to miejsce, choć budziło ono w nas rodzaj przerażenia. Na skarpach przecudnie pachniały fiołki i my zanurzaliśmy się w nie jak w kąpieli, ale park wydawał się raczej mroczny, zwłaszcza że w kępie drzew były dość zniszczone, porosłe mchem groby. Być może von Kurowskich, o których wspominają kroniki historyczne? To miejsce wydawało się nam straszne, tajemnicze, budzące ciekawość poznania historii, której nikt tu nie znał, nieodparcie mieliśmy wrażenie, że to nie tylko wiatr szeleści i wzdycha wśród drzew.
Z dalekiego dzieciństwa pamiętam, że rozwijały się tu tradycje myśliwskie, a w „pałacyku” spotykali się myśliwi przy stole. Jeden z tych panów lubił jeździć po wsi piękną bryczką jak prawdziwy pan. Konie były przepiękne, inne niż te na wsi u rolników.
Zawsze też jeszcze dziwiło mnie, jak bardzo rzadko słyszałam o tym, że wcześniej, bo w połowie XVII wieku, Sątopy upodobał sobie Wacław Leszczyński – biskup warmiński, późniejszy prymas Polski . Źle znosił mieszkanie w zimnym zamku w Lidzbarku Warmińskim i szukał milszego lokum do pracy, a także dla zdrowia i odpoczynku. Dobre miejsce znalazł w Sątopach. Na wzór pałaców francuskich zbudował tu piękny modrzewiowy dwór. Otoczył go ogrodem oraz parkiem. Prace wykończeniowe w roku 1656 przerwała wojna polsko-szwedzka, a sam biskup musiał szukać schronienia w Królewcu. Jan Stefan Wydźga – następca Leszczyńskiego – dokończył prace budowlane i wszyscy biskupi chętnie tu przebywali. Najbardziej pałacyk w Sątopach polubili biskupi Michał Radziejowski i Krzysztof Szembek. Biskup Radziejowski nawet powiększył obszar wsi o pięć włók lasu tak, że u schyłku XVII wieku liczyła ona 75 włók. Powstały liczne spichlerze, a obok rezydencji biskupów założono stadninę koni – w 1656 roku było w niej 136 koni. Na początku XVIII wieku znaczenie Sątop wzrosło dodatkowo dzięki przeniesieniu tu siedziby władz komornictwa reszelskiego, a potem w drugiej połowie XIX wieku, gdy dotarła tu linia kolejowa, a pobudowany dworzec przypominał pałac. Obok tego dworcowego pałacu był duży park z sadzawkami, altankami, a na piętrach dworcowego gmachu znalazły się miejsca dla kolejarskich rodzin. W miejscu biskupiej rezydencji postawionej na wzór francuski w XIX wieku stanął ładny dworek murowany – ten, w którym starszy historia.
GALERIA