„Była godzina 14. Właśnie kończyło się nabożeństwo w kościele w Borecznie. Na dworze szalała burza i ulewa. Część ludzi wyszła już z kościoła i stała kilkanaście metrów dalej, na werandzie Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej. Reszta stłoczona była w kościelnym wyjściu. I wtedy to w kościelną wieżę uderzył pierwszy piorun. W kilkanaście sekund potem uderzył następny.” – pisze Głos Olsztyński nr 122 (2967) z 25 maja 1961 r.

Mija 50 lat od tej chwili, która głęboko zapadła w pamięci mieszkańców Boreczna uczestniczących w niedzielnej mszy. W pamięci mieszkańców Boreczna zachowały się wszystkie szczegóły tamtych wydarzeń. Pozostała także relacja redaktora R. Zalewskiego w „Głosie Olsztyńskim”. Dwa niewyraźne zdjęcia, zamieszczone w Głosie Olsztyńskim, kilka dni po zdarzeniu, ukazują ogrom zniszczeń na wieży kościelnej. Ogołocona z dachówek wieża i wyszczerbiony znaczny jej fragment świadczą o sile natury.

 

RELACJA JÓZEFA KRÓLA Z BORECZNA

Uszkodzona wieża kościoła w Borecznie (Źródło: Głos Olsztyński nr 122 (2967) 25.05.1961r.)
Dachówki i cegły leżące pod wieżą kościoła. W tle budynek pastorówki, wówczas siedziba Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej (Źródło: Głos Olsztyński nr 122 (2967) 25.05.1961r.)
Tego dnia msza odbywała się chyba o godz. 12.00, kończyła z reguły ok. 13.00. Kościół był pełen ludzi, gdyż było to święto (Zielone Świątki) i ponadto odbywały się trzy chrzty. Piorun uderzył w wieże już po mszy, ale jeszcze wówczas wierni jeszcze gromadzili się w kościele gdyż padał silny deszcz i grzmiało. Część ludzi czekała w ławkach, część zgromadziła się w przedsionku kościoła, a część przed deszczem schroniła się na schodach pastorówki pod zadaszeniem.

  

Tego dnia odbywał się chrzest Jurka Marcinów, Sławka Kowalczyka (rodzice chrzestni: Krystyna Samsel i Józef Król) i jeszcze trzeciego dziecka. Uderzenie pioruna nastąpiło w chwili gdy znajdowałem się wraz z księdzem T. Polkowskim i innymi osobami w zakrystii, w trakcie dokonywania wpisów do ksiąg parafialnych. Uderzenie nastąpiło w wieżę, następnie ładunek przemieścił się do kościoła, zdemolował organy, po przewodach elektrycznych przeszedł do zakrystii do tablicy rozdzielczej, którą rozerwał. Wyrwane zostało okno w zakrystii. Samo uderzenie to był moment, pomarańczowy błysk. Zostałem zraniony w głowę odłamkiem ebonitu z tablicy rozdzielczej, na moment straciłem świadomość i upadłem na podłogę. Gdy się ocknąłem, zobaczyłem w zakrystii tuman kurzu i brak osób, które tam wcześniej były. Wyszedłem z zakrystii do kościoła, zobaczyłem poprzewracane ławki i ludzi pomiędzy ławkami, na środku w przejściu leżało wiele porażonych osób proszących o pomoc, na zewnątrz przy wejściu do kościoła leżało sporo gruzu (cegły i dachówki). Zwalona była część muru z wieży i dachówki. Wiele osób zostało poranionych tym gruzem. Była ogólna panika, krzyk i płacz.

Najbardziej poszkodowanych przeniesiono do biura Gromadzkiej Rady Narodowej (budynku pastorówki). Nie działały telefony, więc nie można było wezwać pomocy. Ktoś wsiadł na motocykl i pojechał do Zalewa by wezwać pogotowie ratunkowe. W międzyczasie zatrzymano wojskowy samochód ciężarowy wiozący drużynę Huragana Morąg na mecz do Iławy. Tym samochodem 5 lub 6 osób, najbardziej poszkodowanych, w tym państwa Ponieważ, którzy przyjechali na chrzciny do p. Marcinów, odwieziono do szpitala. Następnie przyjechało pogotowie i udzielało pomocy mniej poszkodowanym, ale nikogo więcej prawdopodobnie do szpitala już nie zabrano. Ja też udzielałem pomocy, po całej akcji poszedłem do domu i położyłem się do łóżka, bo strasznie szumiało mi w głowie. Garnitur, który miałem na sobie miał powypalane niewielkie dziurki, tak jakby ktoś przypalał zapałką. Był to porządny niebieski garnitur, który sobie kupiłem, gdy wychodziłem z wojska.

Wiele osób miało na ciele poparzenia w formie jodełek. Ludzie mieli porwane ubrania. W kościele leżało mnóstwo butów, torebek, strzępów ubrań. Kawałek czyjejś marynarki wisiał pod sklepieniem. Kable elektryczne, które były przysłonięte drewnianą listwą zostały wyrwane i rzucone na ławki i podłogę. W murze kościelnym była dziura (nie pamiętam w którym dokładnie miejscu).

W wieżę tak naprawdę uderzyły dwa pioruny, jeden po drugim, to były ułamki sekund.

Wg ksiąg parafialnych tego dnia, oprócz Jerzego Marcinów i Sławomira Kowalczyka, ochrzczona została: Natalia Bożena Bruk z Rudni.

W księgach parafialnych zapisane jest też (zapisy z dni późniejszych), że tego dnia (21.05.1961r.) chrzest został przyjęty także przez:

  • Annę Rodzik z Duby,
  • Grażynę Dzundza z Gubławek.

GALERIA